Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 maja 2015

Grafik płakał kiedy projektował - o estetycznej stronie reklamy

Człowiek naturalnie lubi się otaczać pięknymi rzeczami. Od wieków kolekcjonował piękne przedmioty, uwieczniał piękno na płótnie, dążył do znalezienia jego idealnej formy. Pojęcie piękna zmieniało się przez wieki. Zmieniał się kanon urody, zmieniały się normy obowiązujące w społeczeństwie, przesuwały się granice w sztuce. Współczesność gloryfikuje urodę, nowatorstwo, perfekcjonizm.

Wśród wielu reguł rządzących światem istnieją pewne niepisane zasady, według których najlepsze jest to co piękne i nieskazitelne. Wystarczy spojrzeć na osoby występujące w reklamach, na sposób ukazywania w produktu, kadry reklamowe, zdjęcia. Wszystko zapięte na ostatni guzik przy ogromnych nakładach pieniężnych. Jeśli wszystkie reklamy są na podobnie wysokim poziomie mogą stapiać się z tłem, stają się niezauważalne. Dlatego gdy natrafiamy na reklamę, która swoją formą zaprzecza przyjętym regułom zapamiętujemy ją bardziej i zwracamy na nią uwagę w znacznie większym stopniu niż zazwyczaj.


Pytanie jakie należy sobie postawić przy tego typu reklamach brzmi: czy to zamierzony zabieg czy nieudolność grafika? Co by to nie było efekt jest jednak podobny - reklama rzuca się w oczy dzięki temu, że wcale nie jest perfekcyjna, idealna. Nadrzędnym celem reklamy jest perswazja. Jej estetyczna forma (dobór kolorów, kadru, zdjęć, czcionek) mogą ten przekaz perswazyjny wzmocnić bądź osłabić. Nieładna reklama przyciąga uwagę, łatwiej ją zapamiętać, jednakże jej przekaz perswazyjny jest dużo słabszy. Zazwyczaj oceniamy większość rzeczy powierzchownie, "po okładce", dlatego złe zaprojektowana reklama działa na niekorzyść firmy.


To co jednak towarzyszy reklamie od zawsze to kicz. Ta dziedzina niejako upodobała sobie reklamowy język i na stałe zagościła w reklamowych środkach wyrazu. Kicz w wydaniu reklamowym jest akceptowaną częścią kreowanego obrazu, budzi zabawne skojarzenia, niesie zazwyczaj pozytywny przekaz. Inaczej niż w grafice artystycznej, malarstwie czy rzeźbie.

Współczesna reklama dąży raczej do idealizacji rzeczywistości, więc przedstawia produkty w pięknym otoczeniu, wśród pięknych i sławnych osób. To świat nieskazitelny, wpisujący się w przyjęty kanon piękna i wzoru na szczęśliwe życie. Dlatego twórcy reklam, żeby się wyróżnić sięgają czasem po kicz bądź prowizorkę. Stają się bardziej zauważalni, rozpoznawalni, jednak za cenę słabnącego przekazu perswazyjnego. Rzadko kto kupuje książkę z brzydką okładką... 

środa, 20 maja 2015

Co fandomy mogą mieć wspólnego z reklamą?

Na co dzień przy wyborze filmu, książki czy gry, często kierujemy się opinią znajomych, rodziny, sławnych osób, które są dla nas autorytetami. Ich dobre rekomendacje dla danej pozycji traktujemy jako swego rodzaju wyrocznię. Chętniej przeczytamy książkę, jeśli spore grono osób w naszym otoczeniu będzie o niej mówić. Znajomi polecając nam dane dzieło filmowe czy literackie w pewien sposób je reklamują, nakłaniają do poświęcenia swojej uwagi i pieniędzy. Zresztą kto z nas będąc miłośnikiem określonego serialu nie zaczynał maniakalnie 'wciągać' w tą miłość kolejne osoby? 


Obok klasycznego fana istnieje jeszcze inny jego podgatunek, który swoje bezgraniczne uwielbienie wyraża nie tylko za pomocą słów bądź niekontrolowanych pisków. Mowa o fanach, którzy na podstawie swoich ulubionych książek, seriali, gier i filmów tworzą własne opowiadania, wiersze, rysunki, grafiki, memy, kostiumy. Osoby te należą zazwyczaj do określonych społeczności skupionych wokół danego filmu, książki, etc. - nazywa się je fandomami.

Każdy fandom ma swoje własne żarty, język, powiedzonka, skróty myślowe. Skupia fanów z różnych części świata. Jednak to czemu chciałabym poświęcić więcej uwagi to ich twórczość, która w pewnym stopniu reklamuje dane dzieło popkultury.


Artyści 'fandomowi' najczęściej tworzą 'fanarty' (są to wszelkiego rodzaju rysunki i grafiki) oraz 'fanfici' (twórczość literacka). Najpopularniejszym portalem internetowym z 'fanficami' jest fanfiction.net, mający w swojej bazie tysiące opowiadań związanych z popularnymi aktorami, serialami, filmami, książkami, a także grami, kreskówkami czy muzykami. Ta ogromna platforma pozwala użytkownikom dzielić się swoją twórczością w nieograniczony sposób.

Uważam 'fanarty' i 'fanfici' za niestandardową formę reklamy. Choć założenie to należy nie brać zbyt dosłownie i jako 'prawdę objawioną'. Są tworzone przez miłośników, którzy w ten sposób chcą wyrazić swoje przywiązanie i szacunek. Po części jednak ich twórczość przyczynia się do wzrostu zainteresowania daną książką czy filmem, a co za tym idzie: do zwiększenia sprzedaży biletów, DVD, e-booków. Należy jednak pamiętać, że fandomy to miejsca przede wszystkim tworzone przez fanów i dla fanów, a nie koncernów filmowych i wydawnictw.

czwartek, 14 maja 2015

Przeczytaj mnie! - kilka słów o reklamie książek

Błyskotliwa. Rewelacyjna. Bestseller New York Timesa. Niezwykle wciągająca. Prawdziwie poruszająca... A biednemu czytelnikowi od tych frazesów puchnie głowa. O ile książka jak każdy produkt reklamować się musi, to odnoszę wrażenie, że wydawnictwa dawno porzuciły kreatywność i postawiły na pewne schematy haseł reklamowych.

I tak dobra książka musi być bestsellerem – najlepiej jeśli opinię taką wydaje prestiżowa, amerykańska gazeta – a do tego powinna nawiązywać w hasłach promocyjnych do innych „arcydzieł” kultury popularnej (choćby wszędobylskiego pana Greya). Książka to produkt, tak jak każdy inny musi się sprzedać. Wydawcy nie zależy na tym czy odkrył nowego Szekspira – ważne czy ten Szekspir się sprzeda, szczególnie gdy niewiele osób we współczesnym świecie sięga po książkę.


Czytelnictwo wciąż utrzymuje się na niskim poziomie. Łatwiej jest sięgnąć po dwugodzinny film niż dwustu stronicową powieść. Dlatego w moim odczuciu na czele reklamy książek stoją właśnie ekranizacje. Są to dwie różne formy, zarabiające na siebie osobno, jednak jednocześnie pracujące na wzajemny sukces. Świetnie zrealizowany film może zachęcić widza do zakupienia książki – natomiast dobra książka gwarantuje większą oglądalność filmu. Za przykład może tu posłużyć 'Harry Potter' – książki i filmy wzajemnie się uzupełniały i napędzały sprzedaż. Można powiedzieć, że autorka cyklu o Harrym, J. K. Rowling stała się swego rodzaju marką. W 2012 roku wydała powieść 'Trafny wybór', do której prawa ekranizacji zakupiło BBC. Sukces autorki, jej wcześniejszych książek i filmów na ich podstawie, na pewno zagwarantuje produkcji powodzenie, a tym samym wpłynie na zysk ze sprzedaży powieści.


Podążając dalej filmowym tropem ciekawym zjawiskiem są filmowe zwiastuny książek. Zazwyczaj przedstawiają pokrótce fabułę powieści, opinie cenionych gazet, pisarzy czy gwiazd. Jest to pewna alternatywa dla nieruchomych plakatów, które są w stanie przekazać jedynie hasło przewodnie reklamujące książkę.


Książki reklamowane są również za pomocą napisanych specjalnie dla nich piosenek. Razem z teledyskiem tworzą ciekawą formę - muzyka wpływa na Nasze emocje, działa na wyobraźnię, więc jeśli piosenka wpadnie Nam w ucho jesteśmy bardziej skłonni do zakupu.


Ze względu na niski poziom czytelnictwa, żeby sprzedać książkę, trzeba ją ciekawie opakować. Spotkałam się z powieścią, która ma swoje wydanie również w formie płatnej aplikacji. Dzięki temu czytelnik dostaje treść uzupełnioną o całą masę interaktywnych funkcji - może zadzwonić do fikcyjnej narratorki (gdzie usłyszy jej pocztę głosową), a podczas lektury na stronie pojawiają się animowane ilustracje.


Klasyczna, papierowa książka może się zmieniać, przeobrażać, 'stawać na głowie', nic jednak nie zmieni tego, że czyta się coraz mniej. I właśnie ze względu na to wydawnictwa powinny oprócz efektownych rozwiązań w postaci filmowych zwiastunów czy aplikacji, popracować nad hasłami reklamowymi. Bo jeśli wszystkie książki są genialne, to żadna tak naprawdę nie jest...

czwartek, 26 maja 2011

Michael Levine - godny polecenia autor książek o PR

Nigdy nie lubiłem czytać przymusu twierdząc, że wykonanie tej czynności nie ma istotnego wpływu na moje dorosłe życie. Myśl tę wbito mi już w okresie gimnazjum, gdy czytałem lektury, które po prostu mnie nie interesowały. Dezaprobaty dla przymusowego czytania i opracowywania lektur dodały publikacje naukowe, które przyszło mi czytać na studiach .Wiele z nich jest napisanych językiem stricte naukowym, co sprawia, że szybko nabieram chęci na robienie czegokolwiek, byleby ich nie czytać. W przypadku książki Michael’a Levine’a pt. „Partyzanckie Public Relations w Internecie” wszystko to, o czym wyżej wspomniałem staje się nieaktualna, bo już pierwsza strona wstępu wkręciła mnie tak bardzo, że w ciągu czterech godzin lektury nie zrobiłem ani jednej przerwy, a uczucie zadowolenia z tego, że trafiła mi się interesująca mnie książka – bezcenne!

Pozycję czyta się bardzo przyjemnie. Zastosowanie prostego języka powoduje, że każdy zrozumie treść, którą autor chce przekazać – a to jest przecież główne zadanie książek o profilu naukowym. Już sam wstęp jest ciekawy, bowiem udowodniono w nim moc Internetu poprzez ukazanie przykładowej historii, jak to Internet przyczynił się do sukcesu medialnego wobec sprawy zbiórki pieniędzy na odbudowę świątyni Metodystów. Efektem tego sukcesu było zgromadzenie ponad 200 tysięcy dolarów na odbudowę mimo zamierzonych 2,5 tysiąca.

„Partyzanckie Public Relations w Internecie” - jak mówi sam autor - jest rozszerzeniem jego wcześniejszej książki o podobnej nazwie, „Partyzanckie Public Relations” z 1993 roku, kiedy to Internet nie był jeszcze znaczącym medium, by o nim pisać. Jednak autor zapewnia, że znajomość wcześniejszej publikacji nie jest wymagana, co czyni ją pozycją uniwersalną – ukazującą działania Pijarowskie w kontekście Internetu. Wysoką rangę książki nadaje sam autor, bowiem Michael Levine jest twórcą jednej z najbardziej znanych agencji PR. Potwierdza to określenie jej – tj. agencji – przez USA Today  jako „jedną z najinteligentniejszych i najbardziej uznanych menedżerów gwiazd Hollywoodu”
.
Głównym celem książki Levine’a jest pokazanie możliwości płynących z Internetu w kontekście public relations z oparciem o wskazówki doradzające „jak powinniśmy postępować, żeby nasze działania były efektywne”. Levine proponuje kolejno działania, których celem jest rozszerzenie swojej działalności i stania się osobą lub firmą stopniowo rozpoznawalną na coraz większą skalę. Nie brakuje również wskazówek mówiących, czego ewidentnie nie należy robić.

Naturalną rzeczą swojej promocji jest własna witryna internetowa, do założenia której zachęca autor. Wydanie omawianej książki nastąpiło w 2002 roku i już wtedy Levine wręcz nakazuje założyć swoją witrynę, bowiem dzięki niej jesteśmy o wiele bardziej dostępni dla klientów. Od tego czasu (tj. od 2002 roku) liczba użytkowników Internetu zwiększyła się kilka, a nawet kilkunastokrotnie, co tylko potęguje nakaz założenia swojej strony. W książce znajdziemy ważne informacje i wskazówki dotyczące prowadzenia naszej strony oraz orientacji w Internecie. Mowa tu o proponowanych sposobach reklamy swojej strony w sieci (m.in. wzajemna wymiana linków ze stronami o pokrewnej tematyce) jak i tych odradzanych (m.in. spam, wymiana linkami z konkurentami). Poza tym zaprezentowane są inne metody, które odpowiednio wykorzystane zwiększą zauważalność witryny przez oczekiwanych (przez Ciebie) klientów.

Pozytywnie zaskoczyły mnie licznie punkty podparcia teorii o przedstawione w książce przykłady, pomagające dokładniej zrozumieć opisywane w niej mechanizmy. Dzięki temu jesteśmy w stanie szybciej przystąpić do działania, a szybkość to jedna z ważniejszych cech partyzanckiego public relations, szczególnie w Internecie.

Pozycję tę z całego serca proponuję wszystkim, którzy chcą – a nie, że „muszą” – poznać podstawowe tajniki szybkiego i skutecznego działania w zakresie public relations, która dotyczy w rzeczy samej psychologii i wpływania na ludzi. Na moją decyzję o wyborze tej książki wpłynął tytuł „Partyzanckie Public Relations” połączony z główną tematyką, jaką jest sieć internetowa. Internet bowiem jest obecnie najszerzej docierającym medium jakie dotąd powstało – i wciąż rośnie w siłę. Stwierdziłem, że szlif wiedzy pod tym kątem da mi wiedzę, która w przyszłości może okazać się dla mnie cenna, bo Internet to przyszłość, i wątpię, by w najbliższym czasie ktokolwiek to zmienił.

niedziela, 22 maja 2011

Postmanowska wizja świata cz. II


Rozrywka nie jest wcale niczym nagannym. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy ludzie próbują w niej zamieszkać. Niestety pojawienie się telewizji pochłonęło społeczeństwo w wir zabawy, śmiechu, zastępując wszystko inne. Zjawisko to pojawiło się wraz z rozwojem telewizji. Zasięg jej oddziaływania jest szeroki, dociera do wszystkich grup wiekowych oraz warstw społecznych. Dla wielu ludzi stała się ona nauczycielem, zaufanym towarzyszem, czy przyjacielem. Kształtuje dyskurs społeczny, nasze poglądy w dziedzinie nauki, polityki, oświaty, sportu. Korzystanie z innych mediów również w dużym stopniu determinowane jest przez telewizję. Zyskała ona tym samym status ponadmedialny.
Jak zauważył wcześniej Aldous Huxley do którego myśli co rusz wraca Postman telewizja, może spowodować śmierć kultury. Wszystko jak dotąd jest na dobrej drodze, aby tak się stało. Medium to stało się swego rodzaju mitem, na podstawie, którego społeczeństwo pojmuje otaczający je świat. Jest to o tyle niebezpieczne, gdyż nie potrafimy rozróżnić rzeczywistości od świata fikcji przedstawianego na szklanym ekranie. Nasuwa się na myśl pytanie. Czy telewizja kształtuje naszą kulturę, czy jest tylko jej odbiciem?
Faktem stało się jednak to, że to, co widzimy na ekranach odbiorników jest poniekąd odwzorowaniem, tego, co się wokół nas dzieje. Nie da się stworzyć informacji. Fakt jest faktem i nim pozostanie. Zawsze autentyczny. Informacje przedstawiane w telewizji są jednak interpretowane przez prezenterów, co daje nam konkretny obraz i sposób patrzenia na daną sytuację. Kształtuje się wówczas dyskurs społeczny, za którym odbiorcy wiernie podążają. Ewolucja kultury spowodowała, że granica pomiędzy show businessem, a tym, co nim nie jest zaciera się. Za pomocą telewizji weszła ona na wielką arenę rozrywkowego widowiska medialnego.
Cytowany przez Postamana Billy Graham twierdzi, że telewizja, jest najpotężniejszym narzędziem komunikacji, jakie wynalazł człowiek. Zważywszy na fakt, że książka została napisana prawie trzydzieści lat temu, twierdzenie to mogło wydawać się jak najbardziej słuszne. Dziś już wiemy, że na scenie pojawił się kolejny gigant komunikacyjny jakim jest Internet. Czujność Postamana nie została jednak uśpiona i pomimo, iż w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia komputery dopiero były raczkującym narzędziem, dostrzega on zarówno wagę jak i rolę, która mogą one odegrać za kilka lat. Komputerowy sukces dedykuje jednak telewizji, bez której ludzie nie dowiedzieli by się o powstaniu nowej technologii i o korzyściach z niej płynących.
Przez ostatnie kilkadziesiąt lat technologia poszła na przód. Rynek medialny został zdominowany przez nowe medium komunikacyjne jakim jest Internet. Spowodowało to spadek znaczenia telewizji, nie mniej jednak nie zagroziło jej na tyle, aby mogła wyginąć. Ze sceny mediów nie zniknęła także prasa. Słowo drukowane nadal ma znaczenie dla społeczeństwa, choć czytelnictwo nieustannie spada. Czy grozi nam wtórny analfabetyzm? Czas pokaże. Nowe media niosą ze sobą zarówno korzyści jak i zagrożenie. Wszechobecność, łatwy dostęp, szybkość dostarczania informacji, jest silnym argumentem przemawiającym na ich korzyść. Postmanowskie obserwacje dotyczące zatracania się sensownych wiadomości kosztem rozrywki okazały się trafne. To, co zaobserwował trzydzieści lat temu, ma również odniesienie do rzeczywistości XXI wieku. Społeczeństwo spragnione jest zabawy. Ramówki stacji telewizyjnych po brzegi napakowane są programami rozrywkowymi. Licząca się kiedyś prasa poruszająca problemy polityczne, społeczne, kulturalne, zeszła na dalszy tor, ustępując miejsca tabloidom, w których roi się od taniej sensacji. Show business zdominował nie tylko telewizję, ale wszystkie rodzaje mediów, jakie są dostępne na rynku. Ludzie tego pragną, a wydawcy muszą zaspokoić potrzeby społeczeństwa.

Rozrywka zdominowała także politykę, która przybrała formę medialnego widowiska. Z poważnych debat, problemów trzeba zrobić show, żeby zostały one wysłuchane przez odbiorców. Politycy zamiast poważną działalnością wolą promować się poprzez pisanie własnych blogów. Kampanie wyborcze wyglądają jak estradowe widowiska, kręci się wideo klipy. Wszystko po to, aby rozbawić wyborów i poprzez show dotrzeć do ich myśli. Nie da się ukryć, że dziś bez rozrywki nic i nikt niej jest w stanie zaistnieć.
Tego właśnie obawiał się Neil Postman pisząc swoją książkę. Pomimo tak wielkiej różnicy czasowej, problemy, jakie porusza są wciąż aktualne. Warto ją przeczytać i otworzyć oczy na obecnie panującą sytuację. Zinterpretować przesłanie jakie niesie „ Zabawić się na śmierć” pod kątem teraźniejszych tendencji panujących w społeczeństwie. Przeczytanie książki na pewno czytelnikowi nie zaszkodzi, ale być może pozwoli zrozumieć, że śmiech i nieustanna zabawa to nie wszystko. Powaga też ma swoją wartość.
Jeśli po zapoznaniu się z treścią, nadal nie będziemy pewni tego, do czego człowiekowi potrzebna jest tak naprawdę odbiornik telewizyjny, proponuję zastosować się do rady Postmana. Kiedy nie masz nocnej lampki, a musisz cos ważnego przeczytać, włącz swoje pudło, wyłącz głos, a poświata płynąca ze szklanego ekranu, będzie doskonale pełniła rolę oświetlenia nocnego. Ta zabawna dygresja może stać się również puentą do poważnej dyskusji. Wszystkich zainteresowanych odsyłam zatem do lektury, która pomimo tytułu sugerującego zabawę i śmiech do upadłego, porusza bardzo poważny problem społeczny.

Postmanowska wizja świata cz. I



„Zabawić się na śmierć” to jedna z trzech książek Neila Postmana, jakie ukazały się na polskim rynku. Została ona napisana w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, co ma znaczenie w interpretacji problemu jaki porusza.
Wbrew wskazaniom tytułu, czytając książkę nie zabawiłam się na śmierć. Wciąż żyję i mam się dobrze. Nie takie było jednak zamierzenie autora. Punktem wyjścia do napisania książki była teza, która głosi, że media to nie tylko wynalazki techniczne do przenoszenia różnych treści, ale także medium, które silnie oddziałuje na społeczeństwo. Ma wpływ na nasze emocje, pragnienia, myśli oraz zachowanie.
Neil Postman jest zdania, że technologia to odpowiednik mózgu człowieka, jest fizycznym aparatem, natomiast medium to umysł, użytek zrobiony z tego aparatu. Technologia jest jedynie maszyną, medium zaś społecznym i intelektualnym środowiskiem wytwarzanym przez maszynę. W „ Zabawić się na śmierć „ autor stara się udowodnić tezę, że telewizja pełni rolę medium w społeczeństwie.
Trudność w odbiorze książki może powodować to, że została ona skierowana do społeczeństwa amerykańskiego. Przykłady, które pojawiają się w „ Zabawić się na śmierć” zaczerpnięte są z amerykańskich mediów oraz świata polityki tego kraju. To, co może pomóc zrozumieniu treści obywatelowi Stanów Zjednoczonych, dla czytelnika innego kraju będzie obce i zamiast zabawić to może zanudzić i zniechęcić do dalszego czytania. Mało interesujące mogą się wydać również wszelkie epistemologiczne rozważania na temat powstania telewizji, których autor doszukuje się w mitologii. Warto jednak przebrnąć przez wszystkie słabsze momenty i skupić się na przesłaniu książki, które jest uniwersalne bez względu z jakiej części globu czytelnik pochodzi.
Postman bardzo mocno obawia się skutków wpływu telewizji na życie ludzi. Pomimo, iż napisał książkę prawie trzydzieści lat temu, wciąż jest ona aktualna w niektórych kwestiach. Być może nie uwzględnia kolejnego potężnego medium, jakie powstało wraz z pojawieniem i rozpowszechnieniem komputerów. Poruszane w niej problemy, można jednak łatwo zinterpretować pod kątem współczesnej sytuacji w świecie mediów oraz siły ich oddziaływania na ludzi.
Już w latach osiemdziesiątych dało się zauważyć, że wraz z pojawieniem się telewizji weszliśmy w epokę show businessu, której metaforą jest rozrywka. To właśnie jej najbardziej obawia się Postman. Autor twierdzi, że zabawa towarzyszy nam w każdej sferze naszego życia począwszy od polityki, edukacji, religii, skończywszy na dziennikarstwie. Ludzie zatracili się w zabawie. Nic, już nie jest i nie będzie takie same, jak przed pojawieniem się telewizji. Rozrywka jest wszechobecna i może spowodować śmierć kultury.
Neil Postman w swym dziele wielokrotnie odwołuje się do książek Orwella „Rok1984” oraz Aldousa Huxleya „ Nowy wspaniały świat”. Jednak to ta druga stała się inspiracją do rozważań w „ Zabawić się na śmierć”. Orwell uważał, że ludzi należy kontrolować poprzez zadawanie im bólu, a zagładą ludzkości stanie się to, czego nienawidzimy. Huxley natomiast wysnuł tezę, że kontrolować można przez dostarczanie ludziom, tego, co najbardziej lubią i właśnie to nas zniszczy. Postman stara się udowodnić słuszność tezy zawartej w „ Nowym wspaniałym świecie”.
Głównym celem dzieła jest udowodnienie, że pojawienie się nowego medium, jakim jest telewizja znacznie zagraża istnieniu prasy. Oba te sposoby komunikacji ze społeczeństwem diametralnie różnią się od siebie, a co się z tym wiąże nie mogą istnieć jedno obok drugiego. Śmierć druku jest nieunikniona w starciu z potężnym konkurentem. Konsekwencją tego będzie podporządkowanie się wszelkich dziedzin życia zasadom, jakie wnosi ze sobą telewizja.

Autor porównuje pojawianie się nowych technologii do zabawy w chowanego. Na przykładzie informacji daje do zrozumienia, że nawet najgorętsze newsy trwają tylko chwilę, po to, aby się za moment schować, zginąć w czasoprzestrzeni, ustępując miejsce nowym, świeższym i niekoniecznie ważniejszym wiadomościom. Jest to świat zabawy, świat sam dla siebie, w którym brak jest logiki oraz sensu. Kiedyś ludzie szukali informacji po to, aby radzić sobie w sytuacjach życiowych, dziś natomiast, informacje są bezużyteczne. Sens nadaje się im po to, aby mogły czemuś służyć, być wykorzystane chociażby do rozrywki, gry, zabawy.