sobota, 28 kwietnia 2012

Klient przywiązany sam sprzedaje markę

Nietypowa formą marketingu czy reklamy jest zaangażowanie potencjalnych klientów w rozpowszechnianie informacji o naszym produkcie. Zupełnie nieświadomi klienci przekazują z rąk do rąk czy z ucha do ucha promocje naszej firmy czy produktu. Jest to tzw. marketing wirusowy. Działania mające doprowadzić do sytuacji gdy reklama rozpowszechnia się „sama” świetnie realizują się jako kampanie wizerunkowe, mające utrwalić w klientach świadomość danej marki.

3.000.000 wyświetleń
Jednym z działań, które pozwalają osiągnąć taki cel jest udostępnienie krótkiego filmu w Internecie. Właściwie żeby odnieść sukces wystarczy tylko dobry pomysł. Kręcimy filmik, na którym pokazujemy coś niesamowitego, coś niecodziennego lub tak zachwycającego, że przyciągnie uwagę. Następnie łączymy to z nasza marką, nawet cienką nitką, ważne żeby nasze logo czy produkt w jakiś sposób brało udział w akcji filmiku. Potem wrzucamy na Youtube i przesyłamy do kilku osób lub udostępniamy na Facebooku. Jeszcze lepiej jeżeli stworzymy grę czy aplikację, która zaangażuje naszego potencjalnego klienta i zatrzyma na dłużej. Tak zrobiła firma Tipp-ex, produkująca korektor „myszkę”. Jej filmik „A hunter shoot the bear” stał się hitem. Interaktywny filmik pozwala nam na nowo stworzyć fabułę. Po wpisaniu wyrazu pojawia się krótka scenka. Zabawa polega na odkryciu co pokaże nam się po wpisaniu innego słowa (polecam „football”).


Akcja cieszyła się taka popularnością, że stworzono kolejną wersję. Tym razem musimy wpisać dowolny rok, aby zmienić bieg wydarzeń. Moim ulubionym jest 1980.


 Reklama nie wymaga milionowego budżetu za to przynosi milionowy efekt. Jeśli nasz pomysł był wystarczająco zachęcający internauci będą przesyłać sobie nawzajem nasze dzieło, wrzucać je na tablice swoje i swoich znajomych, linkowa na blogach, forach i w rozmowach prywatnych przez komunikatory internetowe. I nagle okazuje się, że widziało nas ponad kilka milionów osób.

Z ucha do ucha
Innym świetnym pomysłem jest zaistnieć w życiu codziennym naszych klientów np. jako powiedzonko. Slogany wchodzące do użytku w mowie potocznej to tzw. „słowa skrzydlate”. Aby uzyskać taki efekt potrzebne jest dobre, chwytliwe hasło, najlepiej zakotwiczone w jakiejś ciekawej historyjce. Musi być proste do zapamiętania i najlepiej dowcipne. Ma ono wywoływać bezpośrednie skojarzenie z marką, dlatego zanim wejdzie do mowy codziennej powinno być używane w reklamach w towarzystwie widocznego loga. Tak postąpiły np. Milka i jej „a świstak siedzi…”, Sprite  i hasło „Pragnienie nie ma szans”, Crunchips z „Jest crunchips jest impreza” czy Hoop Cola w kampanii pod hasłem „No to hop!”. Takie przykłady można mnożyć. Świetnie zagrała firma Heyah, której nazwa wymawia się bardzo podobnie do popularnego młodzieżowego przywitania. Dodatkowo logiem marki była czerwona łapka, kojarząca się z dłonią uniesiona w geście powitania albo z przybijaniem piątki.

Z ręki do reki
Innym dobrym pomysłem łączenie marki z czymś „czym chcesz się podzielić”. Przykład? Znacie produkt „Pomysł na…” firmy Winiary? No jasne. Nie wiesz co podąć na obiad to kup saszetkę z przepisem i „prawie gotowym” daniem w środku. Jaka mama karmiła by swoje dziecko chemicznym proszkiem? Otóż teraz prawie każda, co więcej na pewno poleci swojej koleżance „Pomysł na pizzerinki” bo dzieci je uwielbiają. A po obiedzie napijemy się… Tymbarka. Bo jak otworzysz wieczko małej, szklanej butelki to pod nim znajdziesz zabawne hasło. Kapsle możesz zbierać, ciekawsze nosić przy kluczach, a jak będziesz potrzebować więcej niż 0,33 l  to kupisz litrowy karton, który pod zakrętka niestety nie ma już zabawnych napisów, ale w końcu Tymbark jest fajny więc nie kupisz soku Garden stojącego obok.

Tak właśnie działa przywiązanie do marki. Mimo dużego wyboru jaki oferują nam markety my wybierzemy właśnie tą firmę a nie inną. W końcu jaka jest różnica miedzy CocaColą a Pepsi? Różnica przywiązania klienta do marki.

Sara Bis

Brak komentarzy: